czwartek, 22 stycznia 2015

Rozdział 5

Otworzyłam drzwi i pierwsze o czym pomyślałam to jedzenie. Wpadłam do kuchni jak tornado i zaczęłam przeglądać lodówkę. Świeciła pustkami. Przeszukałam wszystkie półki i nic. Okrągłe zero.
Spojrzałam na zegarek.
"Sam przyjedzie dopiero za dwie godziny a ja umieram z głodu" - jęknęłam żałośnie.
Otworzyłam raz jeszcze lodówkę z nadzieją, że znajdę w niej cokolwiek do jedzenia. Nic.
"Dobra Charlie, jest jeszcze wcześnie, a ty jesteś głodna. Dasz radę." - pomyślałam.
Sięgnęłam po długopis.

" Jestem w sklepie. Poszłam po coś do jedzenia, wrócę za pół godziny.
Charlie"

Położyłam kartkę na stole, wzięłam torbę i wyszłam.
Idąc przez park starałam się chodzić po najjaśniej oświetlonych drogach. Zerknęłam czy nikt za mną nie idzie.      " Po co miałby za tobą iść, co?" - usłyszałam zirytowany głos w mojej głowie. Moja podświadomość.  Przewróciłam oczami i szłam dalej główną drogą. Było jasno ale mimo to park podobnie jak moja lodówka, świecił pustkami.
- Dziwne, - mruknęłam. Zerknęłam jeszcze raz i zamarłam. Ktoś szedł za mną. Przyśpieszyłam.
Odwróciłam głowę. Osoba za mną zrobiła to samo. Otworzyłam szeroko oczy i puściłam się biegiem. Zaczęłam nerwowo skręcać w uliczki i schodzić dróżkami wydeptanymi na skróty z nadzieją, że go zgubię.
'A może ją?' - zakpiła sobie ze mnie. ' Yghh...'-pomyślałam. Zawsze przeciwko mnie.
Zerknęłam raz jeszcze. Nikt. Nic. Null. Zero. Po parku a ni śladu choćby jednej żywej duszy.
- zaczynam mieć zwidy, - mruknęłam wciąż nie pewnie.
'Hmm, nie po raz pierwszy?!' - zamknęłam oczy i rozmasowałam skronie palcami.
Odwróciłam się powoli i ruszyłam niepewnym krokiem z powrotem na główną drogę.
- dwadzieścia cztery... dwadzieścia pięć... dwadzieścia sześć...
Z każdym krokiem było lepiej, ale wciąż czułam się tak jakby ktoś mnie obserwował.
***
- Dzień dobry, pani Dorotheo..
- Czy ja dobrze słyszę? - zapytała staruszka, - No nie wierzę własnym oczom!?
- Czyżby to była moja kochana Charlotta? - ciepły głos kobiety w fioletowym fartuszku w kwiaty,                            obwiązanym w pasie sprawił, że uśmiechnęłam się szeroko.
- Dawno Cię, u mnie nie było, - stwierdziła. Zarumieniłam się jak burak.
 Miała rację, ostatni raz widziałam ją.... dawno temu. - czyżbyś zapomniała o mnie? - dodała żartobliwie.
- Ależ skąd! - prawie, że krzyknęłam. - Znaczy się, nie, nie mogłabym pani Dorotheo.
- Ahh.... nie denerwuj się tak dziecko, ja tylko żartowałam, - uśmiechnęła się, - a swoją drogą, na pewno nie przyszłaś na pogaduszki tylko po zakupy, prawda?
Kiwnęłam głową.
- Czego więc sobie życzysz?
Spojrzałam na regał stojący za ladą. Poczułam ślinę napływającą mi do ust.
***
Otworzyłam szeroko drzwi łokciem i weszłam do domu obładowana zakupami.
Postawiłam je na podłodze i pozwoliłam sobie na krótki odpoczynek.
 Trzasnęłam drzwiami i ruszyłam z bagażem jedzenia do kuchni.
Wyjęłam zakupy i zajęłam się gotowaniem. Wstawiłam makaron i przygotowałam sos pomidorowy z mięsem mielonym. Nałożyłam na talerz i posypałam serem.
- Hmm... wszystko pięknie, ładnie, ale czegoś tu brakuje... - zadumałam się.
Rozejrzałam się po kuchni i..- Bingo!
Położyłam na danie listek bazylii i przyjrzałam się swojemu dziełu. Idealnie.
Wzięłam talerz i rozłożyłam się na kanapie w salonie.
***
- Charlie, Charlie... - poczułam lekkie szarpanie i otworzyłam powoli oczy. Sam? Zmrużyłam oczy i podniosłam się do pozycji siedzącej.
- Hmm...? - przejechałam ręką po twarzy. Ziewnęłam i spojrzałam pytająco.
- Nie 'Hmm?', tylko czy ty wiesz, do czego służy telefon?! - Podniesiony głos sprawił, że się wzdrygnęłam.
- Sam.. ja.. nie...- zaczęłam jąkając się. Szlak. Zawsze to robię. Nie cierpię jak ktoś na mnie krzyczy.
- Nie! - krzyknął zdenerwowany. Po chwili jednak westchnął i usiadł na kanapie obok mnie.
- Przepraszam, ale ja...
- Wiem, - dotknęłam uspokajająco jego ramienia. Martwił się. Martwił się o mnie.
Poczułam jego spięte mięśnie pod ciepłym płaszczem.
On. Sam. Zwykły dziewiętnastolatek. Zawsze beztroski i zabawny. Żyjący pełnią życia. Uśmiechnięty.
Teraz biło od niego tylko zmęczenie. Musiał tak szybko dorosnąć. Dla mnie. Dla... Ryan'a.
Ja straciłam brata, a on najbliższego przyjaciela. Sam cierpiał a mimo to nie poddał się, chociaż ja tak.
 Był mi oparciem. Dał mi nadzieję. Opiekował się mną. Ciężko pracuje tylko po to by..  by się mną zająć.
Westchnęłam.
-Sam? - zapytałam cicho.
- Taak?
Co miałam mu powiedzieć? O co miałam zapytać? Co chciałam wiedzieć?
- Zostało jeszcze trochę makaronu, chcesz może spaghetti? - zapytałam w końcu.
- Taa, pewnie.. - uśmiechnął się lekko.
- Idź weź prysznic, a ja w tym czasie podgrzeję sos i mięso.
Patrząc jak Sam odchodzi pokręciłam tylko głową z niedowierzaniem.

''-Charlieeeeee!
-Charliee!
- Ygh.. zamknijcie się już! - krzyknęłam z drugiego pokoju.
- Charlieeeeee!
- Ygh..- przewróciłam oczami i wstałam z łóżka odkładając książkę.
-Chaaaarlie!
- Już idę, idę - mruknęłam. - Co jest?
Oby dwaj leżeli na kanapie z czerwonymi nosami, okryci ciepłym, zimowym kocem. Spojrzałam na nich rozbawiona. Wyglądali tak komicznie. Uśmiechnęłam się szeroko na ich widok, jednak po chwili uśmiech zamienił się w grymas.  ' No tak. Jak twoi twardziele chorują, ktoś się musi nimi zająć..' - pomyślałam.
Ktoś, czyli ja.
Ruszyłam w stronę kuchni i zaczęłam robić to co robię najlepiej. Gotować? Niee. Pomagać przyjaciołom? Zdecydowanie tak. Pokroiłam warzywa i wstawiłam wodę na makaron i na zupę. Rosół. Tak. To jest to.
- Kiedy jest się chorym, najlepszy jest rosół. - stwierdziłam.
Po dłuższej chwili zupa była gotowa. Wlałam ją do misek i ładnie przyozdobiłam.
- Co tak dłuugo? - jęknął Ryan.
- Ehh.. wiesz, że ..- zaczęłam, ale nie dano mi dokończyć.
- 'Estetyka przede wszystkim' - powiedzieli obaj wywracając oczami. Spojrzałam na nich z niedowierzaniem.
- Faceci.. -mruknęłam.''

'Piiiiip piiiiiiiip '
Otrząsnęłam się i wyjęłam z mikrofali wcześniej włożone spaghetti. Na wierzch starłam ser i położyłam bazylię. Zrobiłam czarną herbatę i usiadłam na blacie.
Kiedy Sam przyszedł zauważyłam tylko jego bladą, zmęczoną twarz, przykrytą blond włosami.
Poruszyłam się niespokojnie. Sam nie zwróciwszy na mnie uwagi usiadł i zaczął się zajadać.
- Dawno nie gotowałaś, - stwierdził opychając się makaronem. - aleeee pyycha.
Jak zobaczyłam jego twarz upapraną sosem uśmiechnęłam się mimowolnie.
Tęskniłam za tym widokiem.

_________
Jeśli przeczytałeś/aś, zostaw komentarz. Dla Ciebie to chwila, dla mnie motywacja do dalszej pracy.
Notka:
Hej, hej.
Na początku chciałam przeprosić za moją dłuugą nieobecność,
ale sami wiecie. Wystawianie ocen.
 W gruncie rzeczy jest dobrze, więc
mam nadzieję się poprawić z dodawaniem kolejnych rozdziałów.
Mam nadzieję, że Wam się podobało i czekam na opinie.
Alice.

Nowa zasada:
Szybkość dodania kolejnego rozdziału, zależy od Was [czyt. Komentarze].

sobota, 3 stycznia 2015

Rozdział 4


Brrr.
 Nienawidzę tej lekcji. Historia sztuki. Koszmar.
Weszłam do sali i rozglądnęłam się za pustym miejscem. Wszystkie były już zajęte. No prawie wszystkie.
- Panno Greyson? – usłyszałam za sobą głos profesora Richarda. – Ma panienka zamiar w końcu zająć jakieś miejsce, czy oczekuje pani zaproszenia?
Spojrzałam przerażona na nauczyciela.
Wysoki, wyprostowany mężczyzna po czterdziestce, o ciemnych włosach z siwymi pasemkami zaczesanymi    do tyłu. Miał na sobie elegancki, szary  garnitur z ładnie kontrastującym bordowym w granatowe paski krawatem, a na nosie miał okrągłe okulary. Jego wygląd to nic, w porównaniu z jego staroświeckim, gentelmeńskim zachowaniem.
-  Umm… no więc ja, yy.. miałam zamiar, ale.. – niech to szlag, zaczęłam się jąkać.
- proszę natychmiast zająć miejsce, inaczej zostanie panienka po lekcjach.
Zbladłam.  Rozejrzałam się jeszcze raz po klasie i szybko zajęłam byle jakie miejsce.
Odwróciłam się do osoby, z którą najwyraźniej od teraz siedziałam w ławce.
Długonogi, ciemnowłosy chłopak. Odchylał się, oparty na krześle i przyglądał mi się z nieskrywaną ciekawością. Wyjęłam zeszyt i zaczęłam notować wszystko z tablicy.
- Psst..
Pisałam dalej..
- Psst..
Zmarszczyłam brwi i rozejrzałam się po klasie. Każdy coś notował, albo słuchał.
Westchnęłam w myślach i wróciłam do notowania.
- Ejj…? – poczułam dźgnięcie długopisu. Podskoczyłam i spojrzałam w lewo.
- Jak Ci na imię? – zapytał długonogi. Podniosłam pytająco brew. Ciemnowłosy uśmiechnął się i potrząsnął głową rozbawiony – ogłuchłaś? Czy nie rozumiesz pytania?
Znów zmarszczyłam brwi.  Nie wierzę, co za palant.

- Ee, nie-mowa? – po chwili znów usłyszałam ten irytujący głos – nie miałem zamiaru cię obrazić, okej?
Przewróciłam oczami i znów wróciłam do notowania.
" Uspokój się Charlie, oddychaj" - myślałam.
- Masz zamiar siedzieć tak cicho przez całą wieczność? - zapytał po chwili.
Uniosłam oczy do sufitu i westchnęłam. Chłopak najwyraźniej rozbawiony nie dawał za wygraną.
- Obrażalska i nie-mowa, nie ma zamiaru powiedzieć ani słowa.. - nucił. Spojrzałam na długonogiego pytająco.     - .. taka piękna, taka cicha, nic nie powie...- kontynuował znacząco uśmiechnięty.
- Palant! - palnęłam bez namysłu.
- Panno Greyson? - usłyszałam ostry głos pana Richarda. Przełknęłam ślinę i spojrzałam na nauczyciela.
- Zostaje panienka po lekcjach. - zmarszczyłam dziś już po raz setny brwi.
- Ale, to nie moja wina, ja...
- Dość! - przerwał. - Oczekuję od pani kultury i wychowania. Na moich lekcjach obowiązują pewne zasady.    Jeśli zapomniałaś o nich przez twój roczny niebyt w szkole, to radzę ci je przypomnieć sobie jak najszybciej.   W innym wypadku czekać cie będą konsekwencje.
Mam nadzieję, że wyraziłem się jasno - odchrząknął i poprawił swoje okrągłe okulary - a teraz wróćmy do lekcji.
 Spojrzałam na wciąż uśmiechniętego długonogiego. Przypominał mi kogoś.
Westchnęłam i wróciłam do notowania. Po chwili zerknęłam na chłopaka i otworzyłam szeroko oczy.
Wszyscy wokół notowali, a on jeden kiwał się na krześle z ołówkiem między nosem a górną wargą próbując go utrzymać. Wyglądał jak kaczka z zezem. Uśmiechnęłam się lekko.
Chłopak zerknął w moją stronę a mój uśmiech zamienił się w grymas na twarzy i znów zaczęłam notować.
- Psst...
Drgnęłam..
- Psst...
Podniosłam oczy do góry odmawiając w myślach cichą modlitwę w nadziei, że zaraz przestanie.
- Ejj?
- Czego?! - szepnęłam gwałtownie.
- Wyluzuj.. - zmarszczyłam brwi.
- Wyluzuj?! Pierwszy dzień szkoły, a ja po dziesięciu minutach zostaję po lekcjach! - zerknęłam czy profesor Richard nie zwraca na nas uwagi  - Zgadnij przez kogo? - zrobiłam zamyśloną minę i ciągnęłam dalej,                 -  Ahh..  no tak, przez Ciebie!
Oglądnęłam się raz jeszcze czy nikt nie zwrócił na nas uwagi i odetchnęłam głęboko.
Chłopak patrzył na mnie szeroko otwartymi oczami wciąż w lekkim szoku i nic już nie mówił.
Mój wybuch najwyraźniej nim wstrząsnął.  Uśmiechnęłam się triumfalnie w myślach.
Kolejne 30 minut lekcji minęło spokojnie...
***
Po lekcjach przeszłam długim korytarzem przez hol i skręciłam w prawo. Otworzyłam czarne, ciężkie drzwi z wygrawerowanym napisem ' Biblioteka szkolna '. Podeszłam do młodej kobiety w okularach z niezgrabnie spiętymi, czarnymi włosami. Segregowała jakieś papiery. Starsza była może o cztery, pięć lat? Nie więcej.
- Dzień dobry, - przywitałam się.
- Idź prosto tym korytarzem aż do końca i skręć w lewo. - Bibliotekarka wskazała ręką, stronę, w którą mam iść wciąż przeglądając stertę kartek.
- Dziękuję.. ?- podniosłam brwi w nie małym szoku, poprawiłam plecak i ruszyłam w przez nią wskazanym  kierunku.
Zapukałam dwukrotnie i otworzyłam skrzypiące drzwi. Rozejrzałam się po malutkiej, przytulnej sali.
Była już w sumie zapełniona. Czyli nie byłam jedyna, która się walnęła na pierwszym dniu szkoły.
' Uff...' - pomyślałam. Położyłam plecak i zapadłam się w ogromnym, bordowym fotelu. Westchnęłam.
' I co dalej? ' - znów zapytałam samą siebie. Spojrzałam na tykający zegar na przeciw mnie i zamyśliłam się.

" - Sam?
- Ryan?
- myślisz o tym samym co ja? -  poruszał śmiesznie brwiami.
Chłopcy zerknęli na mnie i tym razem oboje poruszali brwiami.
Patrzyłam na obu marszcząc brwi pytająco, ale za nim zrozumiałam co mają na myśli było już za późno. Oboje się na mnie rzucili krzycząc ' Wojna na poduuuuuszki '. Chwyciłam pierwszą, lepszą poduszkę obok i wydałam okrzyk wojenny.
- A masz! - krzyczałam okładając Sam'a.
Cała nasza trójka rzucała się po łóżku na przemian krzycząc i śmiejąc się.
Odpierałam ataki ze strony Sam'a ale kiedy Ryan sięgnął po najcięższą ze wszystkich możliwych artylerii            a mianowicie łaskotki, zostałam brutalnie pokonana. Opadłam zmęczona na łóżko i łapczywie chwytałam powietrze.
- To było nie fair.. - wydyszałam w końcu.
- Możliwe.. - Sam położył się tuż obok mnie.
- ... ale to ty dzisiaj zmywasz po kolacji. - Ryan padł z drugiej strony.
Uśmiechnęłam się i niezauważalnie sięgnęłam po 'broń'.
- skoro tak.. - zaczęłam powoli.
- hmm? - mruknęli oboje.
- Dogrywka! - krzyknęłam uderzając Ryana poduszką.
Oboje zaskoczeni zaczęli się śmiać i również sięgnęli po swoją 'broń'.
''

'Dzyyyń, dzyyyyń.'
Mrugnęłam i pokręciłam głową. Sięgnęłam po plecak i wyszłam ze szkoły kierując się na parking.
' to był dłuuugi dzień...' -Westchnęłam.
Ruszyłam do domu wciąż zamyślona. 

_________
Jeśli  przeczytałeś/aś, zostaw komentarz. Dla Ciebie to tylko chwila, dla mnie motywacja do dalszej pracy. 

Notka:
Hejka,
przepraszam, że tak dłuugo czekaliście,
 nie miałam dostępu do bloga i tak jakoś wyszło.
W każdym razie jak Wam się podoba?
Co myślicie? Czekam na Wasze komentarze.
Alice.
Nowa zasada:
Szybkość dodania kolejnej części zależy od Was [ czyt. Komentarze ].






piątek, 26 grudnia 2014

Rozdział 3

Otworzyłam oczy i momentalnie je zamknęłam.
 Już ranek?
Nie może być..
Wzięłam głęboki oddech i wstałam z łóżka. Wpadłam do łazienki i stanęłam przed lustrem.
Zmrużyłam oczy.  Moje ciemne loki poskręcane latały na wszystkie strony. Okropny ból głowy, któremu towarzyszyły ciemne wory pod oczami i blada twarz odwzorowywały perfekcyjnie mój stan psychiczny.
Dziś jest ten dzień. Minął już równo rok. Rok od wypadku.
Poczułam ogromną pokusę by znów schować się w ciepłej pościeli i zatopić w niej wszystkie uczucia. Potrząsnęłam głową i wyjęłam kosmetyki.  Rozczesałam włosy i związałam je w luźny koczek.
Teraz czas na makijaż… Dawno się nie malowałam, ręka drżała mi cały czas ale mimo to, dałam radę. Użyłam trochę podkładu by zakryć bladość i wory oraz nałożyłam trochę tuszu do rzęs i bezbarwny błyszczyk. Przyjrzałam się sobie w lustrze. Wyglądałam prawie jak inne dziewczyny. Prawie normalnie. Właśnie, prawie. Westchnęłam i spojrzałam na zegarek, już za dwadzieścia ósma.
'to nie możliwe!' - krzyknęłam w myślach.
Otworzyłam szeroko oczy i wpadłam do pokoju.
Otworzyłam szafę z ciuchami i wyciągnęłam czarne spodnie oraz  kremowy sweterek. Ubrałam się błyskawicznie, po czym zbiegłam po schodach do kuchni.  Zobaczyłam talerz pełny tostów i kartkę.

„Pojechałem już do pracy, tu masz śniadanie, rower stoi przed domem. 
Widzimy się o 18,
Sam”


Wepchnęłam tosty do buzi i pobiegłam na korytarz. Założyłam czarne trampki, płaszczyk i szalik. Wyszłam z domu i wsiadłam na rower. Już miałam odjeżdżać kiedy przypomniało mi się o kluczach.
No jasne, cała ja ‘ – westchnęłam i biegiem ruszyłam pod drzwi by je zakluczyć.  Z powrotem wsiadłam na mój piękny, czerwony rower i ruszyłam do szkoły.
                                                                            ***
Wbiegłam do klasy minutkę przed dzwonkiem i zajęłam swoje, dawne miejsce obok Lily.
Blondynka, mleczna cera zakryta warstwami makijażu. Niebieskie oczy, które podkreślał tusz do rzęs.
 Na policzkach miała sporo różu.
 Obcisła koszulka ze sporym dekoltem podkreślającym jej nie mały biust i krótka mini.
 Makijaż idealny. Strój idealny. Jednym słowem : p i ę k n o ś ć.
- Heej, - przywitałam się lekko zachrypniętym głosem. Tak dawno jej nie widziałam...
Lily zajęta swoją komórką najwyraźniej  wcześniej nie zwróciła na mnie uwagi, bo gdy tylko się odezwałam, spojrzała na mnie z szeroko otwartymi oczami i rozdziawioną buzią –  no co? – speszyłam się.
- Charlie! – pisnęła – nie wierzę, że to Ty!?
Blondyneczka rzuciła mi się na szyję i zaczęła mnie dusić. Uśmiechnęłam się i kazałam jej mnie puścić.
- no co, dawno się nie widziałyśmy, to wszystko przez ten wypadek.. – zamarłam i spojrzałam na przyjaciółkę, do której  dotarło co powiedziała  - O mój boże, Charlie, przepraszam ja..
- daj spokój, - uśmiechnęłam się blado – mów lepiej co u Ciebie, zmieniłaś fryzurę?
- Noo! Dobrze, że zauważyłaś, są teraz jaśniejsze i miększe w dotyku i… - cała Lily, moja Lily.
 'ehh' - westchnęłam.  Jak się rozgada to już na dobre. Nic się nie zmieniła.
Szkoda, że ja nie mogę powiedzieć tego samego o sobie.
                                                                         ***
 - Hej Lily, pomożesz mi? – spojrzałam na przyjaciółkę piłującą swoje dłuuugaśne paznokcie. 
- W czym? – nawet na mnie nie spojrzała. 
- w ogarnięciu tego wszystkiego? – zatoczyłam ręką okrąg wskazując na stos papierów leżących na blacie – musimy to skończyć, na j u t r o. – podkreśliłam. -  Pomożesz mi ?
-  Ehh.. – Lily przewróciła teatralnie oczami podkreślając fakt, jak bardzo to nie chce tego robić – nie mam wyboru, co nie?
Uśmiechnęłam się szeroko do przyjaciółki i potrząsnęłam przecząco głową…
                                                                        ***
- Charls, Charls ! – poczułam nagłe dźgnięcie w ramię i zaskoczona spojrzałam na przyjaciółkę.
- hmm?
- Czy ty mnie w ogóle słuchasz..? – blondynka ściągnęła swoje idealnie wydepilowane brwi oraz zmarszczyła wyczekująco czoło.
- przepraszam, mogłabyś powtórzyć? – speszona tą sytuacją poczułam lekkie rumieńce i spojrzałam przepraszająco na Lily.
- Eh.. – westchnęła – no więc pytam po raz setny, w piątek jest mała impreza nad jeziorem i..
-  nie! – palnęłam zdecydowanie zbyt szybko i zbyt głośno bo nauczyciel spojrzał na mnie nieco zdziwiony i uniósł pytająco brwi. Opuściłam głowę by ukryć zażenowanie malujące się na mojej twarzy.
- nie, - szepnęłam po chwili – nigdzie nie idę.
- ale nawet nie dałaś mi dokończyć…
- powiedziałam : nie, - sama sobie zdziwiłam się tą stanowczością w swoim głosie ale kontynuowałam - koniec, kropka. – dodałam pewna siebie. Chyba nawet bardziej, niż myślałam.
- Ehh, jak uważasz… - przyjaciółka spojrzała na mnie z lekkim zaskoczeniem, które zmieniło się w rezygnację.  ‘Ufff…’ – pomyślałam.
___________
Jeśli przeczytałeś/aś, zostaw komentarz. Dla Ciebie to tylko chwila, dla mnie motywacja do dalszej pracy.

Notatka:
Bum!
Hejka, przepraszam za moją nieobecność, ale byłam przekonana, że dodałam tą część, a tu proszę O.o
Mam genialny pomysł :D otóż myślałam nad moim blogiem i nad Wami, i wymyśliłam nową zasadę.
Brzmi ona tak: Szybkość dodania kolejnej części zależy od Was :D [ czyt. Komentarze ]
No i co Wy na to?
Piszcie, będę czekać, do następnego :D
PS: Co myślicie o rozdziale?



sobota, 20 grudnia 2014

Rozdział 2


Samotność.
 Jedyne co mi zostało. Zamknęłam oczy i zaczęłam odliczać tykania zegara z sypialni. Raz..dwa..trzy… cztery.. wskazówka sekundowa ruszała się po tarczy zegara co chwilę. Nie zatrzymując się i nie cofając.
Nie patrząc w tył i nie myśląc nad przeszłością, brnęła dalej. Czas nigdy się nie zatrzymywał, płynął i nie patrząc za siebie stawiał przed sobą krok po kroku. 
‘Dlaczego ja tak nie umiem?’  - Westchnęłam.
Oparłam głową o ścianę za mną. Spojrzałam na księżyc.
 Tak piękny, tak odległy..

* jedenaście lat temu,  lato, dom babci Greyson *

„ – Patrz Charlie, widzisz? – Ryan spojrzał na mnie swoimi ciepłymi, zielonymi oczami - spójrz, - wskazał ręką nocne niebo  - widzisz te gwiazdy?
- uhm, - mruknęłam.  Spojrzałam na migoczące w oddali ‘kropki’. Wyglądały pięknie – ale  co to są te gwiazdy? – zapytałam.
- gwiazdy są jak ludzie, którzy odeszli, - spuścił wzrok – ale wciąż są przy nas, rozumiesz?
- ale one migoczą.. – westchnęłam.  Kątem oka zobaczyłam, że Ryan się uśmiecha.
- Tak, migoczą, bo są szczęśliwe,  - otoczył mnie ręką  - wiesz, trochę przypominają mi Ciebie..
- też tak migoczę?  - Ryan spojrzał na mnie rozbawiony licząc, że żartuję, ale gdy zrozumiał, że mówię serio zaczął się śmiać.
  – no co? – burknęłam i skrzyżowałam ramiona, obrażona.
-  wiesz, że księżyc..  - uspokoił się trochę i wskazał ręką coś.. coś pięknego, czego nigdy dotąd nie widziałam  -  .. jest takim opiekunem gwiazd?
- czyli jak ty? – mój grymas zniknął i pozwolił ulec ciekawości, wpatrywałam się w ogromny, świetlisty okrąg po środku nocnego nieba, otoczy przez miliony kropek. Otworzyłam usta z wrażenia...
- dokładnie, - uśmiechnął się  - za każdym razem jak poczujesz się samotna,  spojrzysz w niebo i zobaczysz księżyc, wiedz, że  gdziekolwiek ja bym był, zawsze będę się Tobą opiekować.
Spojrzałam na jego piękne zielone tęczówki i wtuliłam się w brata.”


*Teraz*

Pojedyncza łza spłynęła mi powoli po policzku tworząc kolejny tor na pozostałych, zaschniętych.
- Mój braciszek, mój starszy braciszek – szepnęłam.  Światło księżyca przebijało się przez zasłony i otoczyło mnie całą.  Podciągnęłam nosem  i poczułam narastający we mnie gniew, żal.  Podniosłam się z zimnych kafelek.
- No i gdzie Ty jesteś? – zapytałam cicho – miałeś się mną opiekować, pamiętasz?  - uderzyłam ręką o blat stołu i wybuchłam. Gniew. Złość. Żal. Strata. Ból. Samotność.
Wszystkie emocje płynęły ze mnie, fala za falą. Byłam wściekła. Nic nie rozumiałam.
Krzyczałam jak opętana. Nagle poczułam na sobie czyjeś ramiona. Zaczęłam się wyrywać.
- Charlie! Charlie! – Słyszałam za sobą podniesiony głos Sam’a  - słyszysz?! Uspokój się!
- Miałeś się mną opiekować ! – krzyczałam w stronę okna, za którym widniał olbrzymi, okrągły księżyc.
- Charlie,  do jasnej cholery przestań!
- Byłam twoją gwiazdeczką!  - wyrywałam się, ale czułam, że gniew opada – Miałeś być jak księżyc! Miałeś się mną opiekować.. Miałeś.. Miałeś..
Osunęłam się powoli na posadzkę i wybuchłam płaczem. Sam otoczył mnie ramieniem.
- Hej, hej..- starał się dać mi siłę, której on sam nie miał.
- Dlaczego on? – płakałam – Ja.. ja nie chciałam.. on.. to .. ja.. – łzy cisnęły się ze mnie bezustannie.
- Charlie, słyszysz mnie? – schowałam twarz w ręce –  Charlie spójrz na mnie,  - Sam odwrócił moją głowę  w jego stronę i mimo woli spojrzałam mu w oczy. Płynęło z nich wyczerpanie. Ból wymieszany ze zmęczeniem wypełniał jego niebieskie oczy. Blond włosy rozczochrane sterczały na wszystkie strony.  Mimo ciemności widziałam jak blady się stał od .. od wypadku.
 Sam, jest.. znaczy był.. był najlepszym przyjacielem Ryan’a. Patrząc na jego twarz widziałam powagę.
- Charlie.. on, - szepnął – on nie wróci..
- ale.. – próbowałam powiedzieć mu o atakach, o tym jak go widzę, ale.. za bardzo go to boli..
- nie, – nie spuszczał ze mnie swoich tęczówek – to nie twoja wina, – dodał tak pewnie, że prawie w to uwierzyłam. Właśnie, ‘prawie’.  Otarłam łzy.  Jego niebieskie oczy tak bardzo zlewały  się z zielonymi oczami Ryan’a.

Westchnęłam cicho i kiwnęłam głową. Oboje byli do siebie podobni pod każdym względem.
 Prawie jak bracia. Podniosłam się i razem z Sam’em wyszliśmy z kuchni.
- idę do łazienki, a ty idź się połóż, jutro wielki dzień…
- okej –  wysiliłam się na uśmiech i wbiegłam po schodach do pokoju.
 Opadłam na łóżko, mój wzrok powędrował w stronę okna. Nocne niebo.  Tyle migoczących kropek. Uśmiechnęłam się sama do siebie.  Spojrzałam na księżyc.
Tak piękny, tak odległy…  zasnęłam.
_________________
Jeśli przeczytałeś/aś, zostaw komentarz. Dla Ciebie to tylko chwila, dla mnie motywacja do dalszej pracy.
Notka:
Hejka, co tam u Was, przepraszam za moją nieobecność ale wiecie, święta i tak dalej :D
No to co myślicie o rozdziale? Jak się podoba?
Miłego :))

czwartek, 11 grudnia 2014

Rozdział 1

Podniosłam się z kanapy i ruszyłam w stronę drzwi. 

- Nie, tak nie może być - pomyślałam. 
Podłoga skrzypiała na każdym kroku. Wyszłam na korytarz i zaczęłam szukać włącznika. *Pstryk* i nic. *Pstryk* i znowu nic. 
- Kurczę - mruknęłam. Pewnie znowu wyłączyli nam prąd. Ostatnio robią to co raz częściej, dziwne. Przewróciłam oczami. Latarka jest w kuchni. Po ciemku zbiegłam po schodach, przeskakując co dwa stopnie i wpadłam do kuchni. Jedynym źródłem światła był tylko okrągły księżyc. Przystanęłam na chwilę. Nieco przypominał mi jeden, z tych wszystkich horrorów, gdzie bohaterowie próbują uciec przed psycholem z piłą, goniącym ich po cmentarzu i w tle widać taki księżyc.
 Yghh.. wzdrygnęłam się na samą myśl. Pokręciłam głową i wróciłam do poszukiwań. Otworzyłam szufladkę i … Jest! Teraz tylko chwila prawdy, * Pstryk*
-działa, - uśmiechnęłam się sama do siebie. Już miała iść do pokoju gdy usłyszałam kroki u góry. 
Zamarłam – No, Charlie, teraz już masz światło, - próbowałam się uspokoić – weź się w garść, - szeptałam, - to pewnie tylko Twoja wyobraźnia…
Nagle zrobiło mi się zimno. Czułam, że temperatura spada. Ciarki przeszły mi po całym ciele. Poczułam fale zbliżających się ataków. 
Przypomniało mi się co mówił Dr. Steven. 
„Gdy tylko znowu je usłyszysz, lub on.. cóż, znowu się pojawi, nie zapominaj że to tylko Twoja wyobraźnia. On nie istnieje, weź głęboki oddech i uspokój się.” - tak, uspokój się.
 Wdech… Wydech… Wdech..Wydech..Wdech… kolejne kroki… Wydech… Zaraz co ? 
Zimny pot oblał mnie całą. Nie, nie, nie i jeszcze raz nie..!
Poczułam ostry chłód. Wiedziałam, że on stał za mną. 
- Charlie? – Głos rozniósł się echem w mojej głowie. Moje imię. W mojej głowie. 
Odwróciłam … Stał tam cały mokry, miał na sobie tą samą, białą koszulę bez rękawów i stare, wydarte dżinsy. Wyglądał tak samo jak ostatni raz kiedy go widziałam, tam samo jak tamtego dnia.

„ – no nie wierzę! – burknęłam – jak możesz być aż tak sztywny? 
Zapięłam pasy i skrzyżowałam ramiona na piersi. Widziałam, że przez przednie lusterko Ryan przygląda mi się. Czekał aż na niego spojrzę. O nie! Usilnie starałam się wpatrywać w przestrzeń za oknem zlewającą się w czarne plamy. Miasto otoczone przez czarne, nocne niebo wyglądało nijako. 
- ale Ty jesteś uparta.. – Usłyszałam zrezygnowany głos Ryana i nie musiałam nawet patrzeć by wiedzieć, że znów kręcił głową, targając ręką swoje rozczochrane włosy. Mimowolnie wygięłam usta w uśmiechu - ..ale i nie odpowiedzialna.. – dokończył ciszej, z powagą. Mój uśmiech momentalnie znikł. Poczułam narastający gniew..”

-Pomocy..-szepnął na tyle głośno bym go usłyszała. Usta mi zadrżały, jego głos był taki… znajomy? obcy? 
Przymknęłam oczy by nie widzieć znów jego bladej twarzy, na którą opadały ciemne włosy. 
-Odejdź, - szepnęłam, pojedyncza łza spłynęła mi po policzku – Słyszysz? Odejdź!  – dodałam głośniej. Usłyszałam ciche westchnienie i krok w moją stronę. 
Po chwili poczułam zimną dłoń na swojej twarzy i mimowolnie otworzyłam swoje oczy i spojrzałam w jego. Były puste. Bez życia. Podobnie jak moje. Cała drżałam. Tak pragnęłam, żeby został. Potrzebowałam tego. Chciałam tego. Bałam się, nie chciałam go znów stracić. 
Po raz kolejny podjęłam się walki ze swoją podświadomością. 
-naprawdę tego chcesz? – zapytał zaciskając zsiniałe usta w wąską linie.
- tak, - nie!  – i nigdy  – mnie nie opuszczaj!  – nie wracaj…
Kolejna łza spłynęła mi po policzku. Mrugnęłam. Chłód zniknął. On też.
 Znów. Zostałam. Sama. 
Opadłam na podłogę i zaczęłam cicho płakać. Na dziś to był koniec.
 W głowie miałam jedno pytanie, dlaczego Ryan, dlaczego, dlaczego akurat Ty?


______________________
Jeśli to przeczytałeś/aś, to zostaw proszę komentarz. Dla Ciebie to tylko chwila, dla mnie motywacja do dalszej pracy.

Notka:
No więc tak, pierwszy rozdział mamy za sobą, co Wy na to? 
Jak Wam się podoba? Co myślicie o tym rozdziale? 
Miłego wieczorka :))

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Prolog


Spojrzałam na leżącego obok Sam'a i nie mogąc się powstrzymać westchnęłam. Leżał oparty, blond włosy opadały mu na twarz, jego niebieskie oczy były zamknięte, a oddech wyrównany. Spał. Wyglądał tak...tak jakby nic się nie wydarzyło... tak jakby nie było wypadku.... tak naiwnie.. beztrosko..tak jak... tak jak kiedyś.

                                                                        * * *
"-Charlie! - usłyszałam głosy dwójki przyjaciół. Ryan i Sam. Oboje roześmiani biegli w moją stronę. Rzuciłam się do ucieczki. 
- O nie, nie tym razem - mruknęłam. Byli już blisko bo słyszałam ich przyśpieszone oddechy wymieszane ze śmiechem. Przyśpieszyłam.
- No co? już wymiękacie ? - krzyknęłam za siebie. usłyszałam ciche warknięcie Ryana. 
- Nie..Znaczy tak..- Odwróciłam się i spojrzałam na nich. Oboje stali schyleni i łapczywie wdychali powietrze. Zdziwiłam się. Czy ja dobrze słyszę? Moi chłopcy wymiękają? No nie...nie wierzę.Uśmiechnęłam się. 
- WIęc jak? - zrobiłam kilka kroków w ich stronę, - przyznajecie, że.. - i jeszcze kilka kroków, - prze..- zbliżyłam się na dosyć niebezpieczną odległość - gry...- schyliłam się i spojrzałam im obu w twarz, - waaa..-oboje wyglądali na zmęczonych - cie..? - wraz z wypowiedzeniem ostatniej sylaby wyprostowali się i zauważyłam przelotne uśmiechy. Potem już wszystko działo się zbyt szybko. Ja - mój pisk - śmiech chłopaków - wyrywanie się - odliczanie - puszczenie - zimna woda - wygrali. Yghh.. jak ja ich nienawidzę! 
- Tto ... nniee.... ffair...- trzęsąc się wyszłam z wody, - wwyy oszukkiwaliściee...!
- możliwe, ale ..- zaczął Sam.
- Wygraliśmy...- dokończył Ryan. Spojrzałam na obu morderczym wzrokiem i po chwili wszyscy we trójkę zaczęliśmy się śmiać."

                                                                           * * * 
Uśmiechnęłam się na to wspomnienie.
Wtedy byłam szczęśliwa, naprawdę szczęśliwa.
__________
Jeśli przeczytałeś/aś, to zostaw komentarz. Dla Ciebie to tylko chwila, dla mnie motywacja do dalszej pracy. 
Hejka jestem Alice, to mój nowy blog, i nowe opowiadanie. Mam nadzieję, że Wam się spodoba, może będziecie tu czasem wpadać by poczytać :)